Cmentarz
Po drodze do lasu prawie zawsze obok niego przechodziłem. Początkowo
nie wiedziałem, że jest tam cmentarz. Ot, duża grupa drzew wśród pól,
okolona zwarta gęstwiną krzewów, przez którą nie widać było
rozsypujących się nagrobków.
Dopiero po pewnym czasie, myszkując w terenie w poszukiwaniu stanowisk
odpowiednich dla pójdźki, przypomniałem sobie o tym miejscu.
Pamiętam dziwne uczucie, które mnie ogarnęło, gdy pierwszy raz tam
wszedłem. Cisza. Nie usłyszałem głosu żadnego ptaka. Pierwszą rzeczą,
jaką dostrzegłem był stary drewniany krzyż oparty o pień sędziwego
kasztanowca. Na krzyżu przybite ręce Chrystusa, gdyż cały tułów
metalowej postaci naszego Pana odłamał się od rąk i osunął na dół.
Smutny widok.
Jako młodego przyrodnika-amatora, interesowały mnie przede wszystkim
drzewa. Stare dziuplaste kasztanowce, próchniejące czereśnie i lipy,
uschłe dęby, a wszystko razem okolone wieńcem krzewów bzu i trzmieliny.
Runo stanowił gęsto utkany dywan barwinka o ciemnozielonych liściach i
bladofioletowych kwiatach. Z tego zielonego kobierca wystawały kamienne
nagrobki pozieleniałe od mchu. Oskrobuję finką jeden z nich - czytam.
Napis w języku ukraińskim zaskakuje mnie. Ktoś, kto jest tu pogrzebany,
miał takie samo nazwisko, jak panieńskie nazwisko mojej matki. Mam
wrażenie, jakby część ukraińskiej krwi, która we mnie płynie, zaczęła
żywiej krążyć mi w żyłach. Czyżby jakiś mój przodek? Pewnie i tak nigdy
się nie dowiem, zwłaszcza że zmarł prawie siedemdziesiąt lat temu.
Oglądam inne nagrobki, wszystkie są przedwojenne. Wiele jest małych,
drewnianych, przewracających się krzyży. Wszystkie groby są strasznie
zaniedbane. Zapewne od wielu lat nikt o nich nie pamięta.
Co mogę zrobić? Przecież poza kilkoma widocznymi grobami nie znać nawet
zarysów usypanych tu kiedyś mogił. Odnowić? W jaki sposób? Może lepiej
zostawić cmentarz tak, jak jest. Niech umrze, jak umarli ci, którzy są
tu pogrzebani. Jak umiera i zaciera się pamięć po tych nielicznych
żyjących, którzy po rzeziach polsko-ukraińskich czasu wojny tutaj
zostali. Wszak i tak powierzchnia cmentarza stale się zmniejsza. Starzy
ludzie mówili, że kiedyś ,,ruski cmentarz" był o wiele większy. Teraz,
dzięki ,,zaradności" właścicieli okolicznych pól, jego powierzchnia
ograniczyła się do obszaru, gdzie rosną stare drzewa - mimowolni i
ostatni stróże śródpolnej nekropolii.
Jednak kiedy zacząłem chodzić na cmentarz częściej, okazało się, że nie
jest on tylko miejscem smutku i zapomnienia. Stare czereśnie witały maj
bielą i różem swoich kwiatów, a bez odurzającym zapachem. Pośród
fioletowych barwinków pojawiły się jaskrawożółte kwiaty ziarnopłonu i
złoci. Lipy wabiły swym kwieciem roje pszczół. Często wśród trzmieliny
przysiadał trznadel i swym monotonnym śpiewem usiłował dorównać
wirtuozowi pól - skowronkowi. Na zeschłych kikutach dębowych gałęzi
czatował myszołów, mając z tego punktu doskonały widok na rozciągającą
się nieckę pól. Kilka scherlałych sosen, o gałęziach powykręcanych jak
ręce starej kobiety, dostarczało zielonych szyszek dzięciołowi, który
na pobliskiej gruszy urządził sobie kuźnię. W zawieszonej przeze mnie
skrzynce znalazła schronienie wiewiórka, a w koronie starego klonu
gnieździły się grzywacze mające pod dostatkiem pożywienia, zwłaszcza na
pożniwnych rżyskach. Zimą w zwartych krzewach trzmieliny chroniły się
od zamieci kuropatwy, bażanty i zające. Ekolog rzekłby: ,,Doskonałe
refugium".
Czasem tylko jesienią, gdy niebo zasłane było ciemnymi chmurami, na
cmentarzu było jakoś strasznie i ponuro. Z poczerniałych nagrobków
kapały brudne krople jesiennego dżdżu, a spod krzyża spoglądał na mnie
smutno bezręki Chrystus.
Krzysztof Wojciechowski
|